– Nadia, podpisz to teraz. Do rejestracji zostało dwadzieścia minut.
Stałam przed lustrem w małym pokoju dla panny młodej, w którym unosił się zapach lakieru do włosów, cudzych perfum i świeżych róż. Za oknem padał lipcowy deszcz, a po szybie spływały cienkie strużki wody. Na parapecie leżały dwie agrafki, których wciąż nie mogłam wpiąć w welon.
Raissa Lwowna trzymała przede mną kartkę. Białą, grubą, starannie złożoną. W drugiej ręce miała długopis ze złotą skuwką.
– Co to jest? – zapytałam.
Uśmiechnęła się tak, jak uśmiechają się ludzie, którzy wiedzą, że druga strona już prawie się zgodziła.
– Zwykłe rodzinne ustalenie. Stanisław ci wszystko wyjaśnił.
Stas stał przy drzwiach w granatowym garniturze. Elegancki, gładko ogolony, z butonierką w klapie. Rano sama przypinałam mu ten ozdobny kwiat i śmiałam się, że bardziej boi się ukłucia niż ślubu.
Teraz nie było mu do śmiechu.
– Nadia, nie zaczynaj – powiedział. – Przecież wszystko omawialiśmy.
– Omawialiśmy to, że po ślubie zamieszkasz u mnie. I że twojej mamy nikt nie będzie krzywdził. Resztę omawiałeś beze mnie.
Raissa Lwowna uniosła brwi.
– Jaka ostrość. Stas, mówiłam ci: trzeba było wcześniej postawić sprawę jasno.
Kartka wylądowała na stoliku obok pudełka na obrączki. To nie wyglądało nawet jak dokument, raczej jak sidła rozłożone tuż przed ceremonią. W kilku zdaniach zapisano, że po ślubie mam sprzedać swoje mieszkanie, a pieniądze przeznaczyć na większy lokal dla „nowej rodziny”. Mieszkanie miał kupić Stas. Dlaczego akurat na niego? Tego już nikt nie uznał za potrzebne wyjaśniać.
Poprawiłam wzrok na własne odbicie. Suknia leżała idealnie. Sama ją uszyłam, nocami, po godzinach, kiedy w pracowni milkły maszyny i wreszcie mogłam zrobić coś dla siebie. Koronkę dobierałam tygodniami, linię talii poprawiałam dwa razy. W tej sukni nie było nic przypadkowego.
Poza narzeczonym, jak się okazało.
– Mieszkanie kupiłam sama, jeszcze przed poznaniem Stasa – powiedziałam. – Nie zamierzam go sprzedawać.
Stas odsunął się od drzwi i podszedł bliżej.
– Nadia, nie trzymaj się kurczowo tych czterech ścian. To kawalerka. Mamy tak żyć do końca?
– Nie mam nic przeciwko większemu mieszkaniu. Jestem przeciwna temu, żeby sprzedać moje i przepisać wszystko na ciebie pod dyktando twojej mamy.
– Mama chce dobrze.
– Dla kogo?
Raissa Lwowna westchnęła.
– Dla wszystkich. Mnie bolą nogi, ciężko mi samej. Stas jest jedynakiem. A ty jesteś żoną, więc powinnaś myśleć szerzej. Nie tylko o swoich nitkach, materiałach i stołku przy oknie.
„Jeśli od początku coś idzie krzywo, trzeba pruć od razu. Inaczej zepsuje się cała rzecz” – mówiła mi kiedyś moja pierwsza mistrzyni z pracowni.
Wtedy myślałam, że mówi o sukniach. Teraz rozumiałam, że mówiła też o życiu.
Stas otworzył pudełko z obrączkami, wyjął moją i obrócił ją w palcach.
– Zakończmy ten temat. Wyjdziesz, uśmiechniesz się, podpiszemy i w domu wszystko spokojnie omówimy.
– W domu? – powtórzyłam. – W jakim domu?
– W twoim. Na razie.
To „na razie” przecięło ostatnią nić.
Wzięłam obrączkę z jego dłoni i podeszłam do okna. Było uchylone, bo w pokoju zrobiło się duszno. Na dole, pod daszkiem, stały samochody gości, mokre od deszczu. Na parapecie drżała kropla wody.
Raissa Lwowna zrobiła krok w moją stronę.
– Co ty wyprawiasz?
Odwróciłam się do nich obojga: do kobiety, która już urządzała się w moim mieszkaniu, i do mężczyzny, który uznał, że po ślubie będę łatwiejsza do prowadzenia.
– Gratuluję! Właśnie straciliście i narzeczoną, i mieszkanie, i resztki mojego szacunku! – powiedziałam i wyrzuciłam obrączkę przez okno.
Metal zadźwięczał o parapet i zniknął gdzieś w mokrej zieleni pod budynkiem.
- Raissa Lwowna krzyknęła tak, jakby to nie był pierścionek, lecz cały jej plan.
- Stas pobladł i zapytał, czy zwariowałam.
- Ja odpowiedziałam, że nie – po prostu w końcu wszystko zrozumiałam.
Chwyciłam suknię, żeby nie nadepnąć na koronkę, i ruszyłam do drzwi. W korytarzu zatrzymała mnie przyjaciółka Luba. Spojrzała na moją twarz, potem na Stasa i Raissę Lwownę, i bez słów pojęła wszystko.
– Chodź – powiedziała cicho.
Na końcu korytarza stała moja mama. Nie pytała, co ludzie powiedzą. Nie pytała, jak to będzie wyglądać. Tylko poprawiła mi kosmyk włosów i zapytała:
– Skrzywdził cię?
Kiwnęłam głową.
– To idź się przebrać. Ja zajmę się gośćmi.
Tak zakończył się ślub, który miał być początkiem. Czasem jednak największą siłą jest odejść zanim podpisze się coś, co odbierze nam spokój, godność i własny dom. A ta historia przypomina, że lepiej przerwać złą nitkę od razu, niż pozwolić jej poprowadzić całe życie w złą stronę.